Czas pojawić się na świecie

poniedziałek, 6.października.2014, 11:48




CD

Maleństwo się nie odwróciło główką w dół więc dostałam skierowanie na cesarkę. Mama zawiozła mnie do szpitala 21.07, a cesarkę miałam mieć na następny dzień. Okropnie się bałam. Marcin już wtedy był przed koleją rozprawą i z zakładu półotwartego przewieźli go do zamkniętego, stamtąd mógł dzwonić tylko co dwa dni na jakieś dwie min. Bardzo chciałam go usłyszeć wtedy. Chciałam żeby mi powiedział - "wszystko będzie dobrze" i ja bym mu jak zawsze uwierzyła, nic już by nie było takie straszne... Jednak nie mogłam go usłyszeć bo był poniedziałek, a on miał telefon we wtorek. Jedyne co mogłam zrobić to napisać do niego list i czekać aż będzie po wszystkim.

Następnego dnia z rana miałam mieć cesarkę. Dziękowałam Bogu, że już nie robią lewatywy przed zabiegiem! Jak mnie zaprowadzili na salę i zobaczyłam tych lekarzy i pielęgniarki zaczęłam się cała trząść. Myślałam, że zawału dostanę. Nie uspali mnie tylko znieczulili mniej więcej od piersi w dół. To była chwila i nasza Wiktoria już była na świecie. Później przewieźli mnie do sali. Położna pomogła mi przystawić Małą do piersi i nagle przyszła do mnie grupa lekarzy (pediatrów), za chwilę ginekolodzy i wszyscy pytali o coś, coś mówili, coś tłumaczyli. Nie wiedziałam o co chodzi, byłam w szoku, nic do mnie nie docierało. I była tylko jedna osoba, którą wtedy rozpaczliwie chciałam zobaczyć. Tylko jego. Przecież on powinien tam wtedy być! Znowu byłam sama!

Na początku nic mnie nie bolało i  cieszyłam się widokiem Małej, która leżała koło mnie. Jednak znieczulenie powoli przestawało działać. Ała! To nieprawda, że ten ból się zapomina - gorszej ściemy nie słyszałam no może tylko o ciąży - że to taki super okres... Na szczęście mama, która akurat u mnie była (wzruszona bo to jej pierwsza wnuczka, chociaż trójka mojego rodzeństwa ma już około 30 lat) i zawołała pielęgniarkę ze znieczuleniem. Nie mogłam nawet głowy podnosić przez 24h. Późnej odwiedziły mnie też przyszła teściowa i szwagierka.

Był wtorek więc miał zadzwonić. Cały czas czekałam na telefon. Chciałam mu powiedzieć, że Wiktoria już jest na świecie, że najbardziej jest do niego podobna, że jest cudowna. W końcu się doczekałam i mój telefon zaczął dzwonić. Był na półce z boku, nie mogłam się unosić więc wyciągnęłam rękę i... przez przypadek odrzuciłam połączenie. Telefon mam dotykowy więc to nie było trudne. Wiedział, że tego dnia mam mieć cesarkę więc jak go odrzuciłam to już więcej nie zadzwonił. Myślałam, że coś mnie trafi wtedy. Poryczałam się i próbowałam do niego oddzwonić chociaż wiedziałam, że to nie ma sensu, że to nie może się udać... Myślałam, że mi serce pęknie z żalu. Tego dnia szczególnie mi go brakowało. Kurwa! Jak można mieć takiego pecha?!


CDN
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Chwile, których nikt już nam nie wróci

piątek, 26.września.2014, 21:10
CD

Fakt, że jestem w ciąży wydawał mi się totalną abstrakcją. Mało kto jeszcze o tym wiedział w czwartym miesiącu, brzucha nie było za bardzo widać. Jakoś do mnie nie docierało, że rośnie we mnie dziecko. Nasze dziecko. Kiedy o tym myślałam jedyne co czułam to strach, a nawet przerażenie, jakąś taką niechęć. Nic co kojarzy się z uczuciami normalnej kobiety w ciąży. Obudziłam się pewnego ranka jakoś tak pod koniec 4 miesiąca. Nie miałam siły wstać (uczucie ospałości i niechęci do czegokolwiek towarzyszyło mi praktycznie przez całą ciążę) więc leżałam na łóżku i w pewnym momencie poczułam coś w brzuchu. Na początku nie byłam pewna co to aż w końcu do mnie dotarło, że to nasz Fistaszek. To co poczułam jest nie do opisania. Zalała mnie wielka fala miłości jakiej nie czułam nigdy wcześniej. Aż się wzruszyłam. Odruchowo złapałam za telefon bo chciałam szybko zadzwonić do Marcina i powiedzieć mu, że nasze Maleństwo kopnęło i nagle zamarłam. Przecież nie mogę do niego zadzwonić... Euforia zamieniła się w dół, który sięgał chyba do samego piekła. Tego dnia nie poszłam na zajęcia, praktycznie w ogóle nie wyszłam z łóżka.

Tak samo w pamięci zostało mi USG kiedy mieliśmy poznać płeć dziecka. Kiedyś jak myślałam, że będę w ciąży to myślałam raczej, że mój facet/mąż będzie na pewno uczestniczył w tak przełomowych momentach. Marcin był ze mną raz na USG zanim go zamknęli, ale na tym, na którym mieliśmy poznać płeć byłam sama.

Sama byłam również w 6 miesiącu kiedy okazało się, że ciąża jest zagrożona. Lekarz powiedział, że to przez stres albo przemęczenie. Powiedziałam mu o tym przez telefon jak dzwonił. Okropnie się wystraszył - nie mógł spać,normalnie funkcjonować... Było mi ciężko, ale jemu też nie było łatwo. W końcu to jego wszystko omijało i jeszcze to poczucie bezsilności, że nie może być ze mną chociaż tak bardzo tego chce, a ja tak bardzo tego potrzebuje. Zaczęłam na siebie bardziej uważać, lekarz przepisał mi jakiś leki i na szczęście wszystko się ustabilizowało.

Pojawił się cień szansy, że do nas wróci. Chcieliśmy załatwić przerwę w odsiadywaniu kary. Wtedy na pół roku by do nas wrócił, a później chcieliśmy się starać o zawiasy albo dozór elektroniczny (tzw. bransolety). Załatwiałam papiery, wysyłałam mu, rozmawiałam z kuratorem i wszystko na nic. Nie udało nam się. Więc ciągle byłam sama, sama i sama, a brzuch rósł i rósł. Jestem z małego miasta więc komentarze i domysły (często już słuszne) powoli wkurwiały jak natrętna mucha albo komar w nocy taki którego słyszymy, ale nie możemy znaleźć żeby go zabić zanim nas ugryzie.

Marcin nie zdążył poczuć jak Maleństwo kopie. Chociaż jak jeździłam na widzenia cały czas trzymał mnie za brzuch, Mała ani razu go nie kopnęła.

Nie było go również przy porodzie, ale to już temat na kolejną notkę.


CDN
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Pierwsze widzenie

sobota, 20.września.2014, 09:48


CD

Po kilku dniach znowu przewieźli go do innego więzienia. To było oddalone od naszego miasta o 3h drogi. Miało kategoria P2 czyli było półotwarte (na dzień więźniowie nie siedzą w swoich celach tylko mogą się poruszać po terenie całego zakładu). Stamtąd mógł częściej dzwonić i dłużej rozmawiać, ale nie wyobrażajcie sobie nie wiadomo czego, po prostu to były 2 - 3 telefony dziennie po 3 - 4 min. Te telefony były dziwne - zniecierpliwiona czekałam na telefon, a jak dzwonił wszystko uciekało mi z głowy i zapominałam co mu chcę powiedzieć. Po za tym cały czas do siebie pisaliśmy listy, na papierze łatwiej mi było zebrać myśli.

W końcu po miesiącu zadzwonili do mnie jego rodzice i powiedzieli, że jedziemy na widzenie. Dwie noce przed z radości nie mogłam spać. W końcu nadszedł ten dzień. Wyjeżdżaliśmy o 6 rano. Kiedy jechaliśmy przez całe 3 godziny praktycznie nie rozmawiałam z jego rodzicami. Przed oczami miałam tylko sceny z chwil kiedy byliśmy razem. W końcu dojechaliśmy. Na pierwszej poczekalni spędziłyśmy (ja i jego mama bo tylko dwie osoby mogły wejść) jakieś 2,5h, później na drugiej jeszcze jakąś godzinę. Pierwszy raz byłam na widzeniu. Byłam zestresowana, wystraszona, szczęśliwa - wszystko na raz. Przy takim nawale emocji czas oczekiwania zleciał mi bardzo szybko. No i zawołali nas. Weszłam na dość dużą salę widzeń i od razu go wypatrzyłam i szybko do niego podeszłam i przytuliłam się - pierwszy raz od miesiąca. Miałam ochotę nigdy go nie puścić. Ta godzina widzenia zleciała błyskawicznie. Miałam ochotę zabrać go stamtąd. Nie wyobrażałam sobie, że wyjdę z tego pomieszczenia bez niego. Jednak musiałam. Bardzo starałam się nie rozryczeć przy jego rodzicach. W drodze powrotnej udawałam, że śpię żeby mnie nie zagadywali. Ten dzień po widzeniu, tym i każdym kolejnym, to była masakra. Tęskniło się wtedy kilka razy bardziej. Widzisz tą osobę, rozmawiasz i szlak cię trafia, że dzielą was jakieś przeklęte kraty. Czasami po takim widzeniu byłam też na niego wściekła: za to, że tak bardzo go kocham, za to, że tak bardzo muszę przez niego cierpieć, za to, że robił te wszystkie głupie rzeczy i jest teraz tam.


CDN
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Pierwsze dni osobno

wtorek, 16.września.2014, 21:42
CD
W momencie jego aresztowania policjanci powiedzieli jego mamie, że będzie w zakładzie karnym w Ustce. Jednak kiedy jego mama wysłała tam list ten po kilku dniach wrócił co było znakiem, że go tam nie ma. Niecierpliwie czekałam na jakikolwiek znak od niego - tak się umówiliśmy, że jak już to się stanie on pierwszy do mnie napisze po za tym nie miałam pojęcia gdzie on jest. To był jakiś koszmar. Tak bardzo mi go brakowało. I jeszcze ciąża. Strasznie się bałam, byłam pewna, że nie dam sobie rady bez niego. Kiedy tylko zostawałam na chwilkę sama, bez współlokatorek, wybuchałam płaczem (chociaż normalnie mi się to nie zdarza, ale dodatkowo miałam jeszcze ciążową burze hormonów). Po nocach nie mogłam spać, a nawet jak już zasnęłam śniły mi się same koszmary. W końcu, nawet sama nie pamiętam już jak, dowiedzieliśmy się gdzie on jest. Postanowiłam napisać do niego pierwsza bo miałam już dość czekania na wiadomość od niego. Pierwszy list pisałam - serio - jakieś 8 godzin. Ciągle mi coś nie pasowało: no bo jak napisać o tym jak bardzo mi źle, jak strasznie się boję, jak tęsknię i jednocześnie podnieść go na duchu? W końcu jakoś mi się udało napisać coś co wydawało mi się właściwe. Po jakimś tygodniu pierwszy raz udało mu się zadzwonić. Cudownie było go znowu usłyszeć, okropnie brakowało mi naszych rozmów - nawet jak byłam na stancji potrafiliśmy przegadać przez telefon cały wieczór. Teraz nie było tak dobrze - miał tylko chwilkę, dzwonił od jakiegoś kumpla z karty. Zdążył tylko zapytać czy wszystko w porządku, jak się czuję i zapewnił, że da sobie radę i zrobi wszystko żeby wyjść zanim urodzę. Rozmawialiśmy niecałe dwie minuty. To wystarczyło żebym znowu przeryczała całą noc. Dwa dni później doszedł od niego pierwszy list. Wyjaśnił mi tam, że odsiaduje wyrok rok i 4 miesiące. Napisał, że postara się o wokandę (sprawa, żeby wyjść po połowie kary za dobre sprawowanie), że mam się nie martwić bo zrobi wszystko żeby wyjść pod koniec czerwca (termin porodu miałam na 26.07). Uwierzyłam wtedy,że się uda, myślę, że oboje w to wierzyliśmy. Może to i lepiej bo gdybym wtedy wiedziała jak to wszystko się dalej potoczy...


CDN
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Początek

sobota, 13.września.2014, 18:13
Witam wszystkich na moim blogu!
Moją życie zaczęło się zmieniać pewnego lipcowego dnia kiedy poznałam Marcina. Od razu się sobie spodobalśmy i po jakims czasie zostaliśmy parą. Wszystko toczyło się bardzo szybko. Od razu straciliśmy dla siebie głowy. Po jakimś czasie wpadliśmy - chociaż zasadniczo to nie powinno się stać. Kiedy okazało się, że jestem w ciąży oboje byliśmy przerażeni. Nie chodzi tu o to, że nie byliśmy pewni swoich uczuć - bo byliśmy, nie chodzi tutaj też o wiek - bo ja mam już 22 lata, on 25 więc w tym wieku dziecko aż tak bardzo nie przeraża. Chodzi o to, że mieliśmy jeszcze swoje niedokończone sprawy - ja byłam przed drugim rokiem studiów, on miał jeszcze zapłacić za błędy młodości. Dopóki byliśmy razem wszystko było okey. Kiedy czułam, że jest obok, strach znikał, wiedziałam, że sobie poradzimy i czułam się świetnie. W ciąży nadal studiowałam więc razem spędzaliśmy pół tygodnia, a drugie pół spędzałam na stancji w innym mieście, w którym studiowałam. Pewnego styczniowego dnia jak zawsze wyjechałam na stancję, a z rana zadzwoniła do mnie jego mama. Byłam wtedy w trzecim miesiącu ciąży. Powiedziała mi coś o czym wiedziałam, że kiedyś się stanie, ale miałam nadzieję, że stanie się jakiś cud i może jednak nas to  ominie. Mianowicie przyszedł czas kiedy Marin miał zapłacić za te swoje błędy młodości - trafił do więzienia. Wiedziałam, że tam pójdzie, powiedział mi o tym już na pierwszym spotkaniu. Wiedziałam, a mimo to wtedy mój cały świat runął. Poczułam się samotna, opuszczona i taka strasznie bezbronna. Oprócz wyroku, za który tam trafił miał jeszcze inne sprawy w toku więc najważniejsze pytanie chodziło mi cały czas po głowie - czy zdąży wyjść zanim urodzę?


CDN
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Archiwum

2014
wrzesień (4)
październik (1)

Linki